piątek, 31 sierpnia 2018

Nadchodząca walka - Ezra x Kanan One Shot

Ezra spojrzał się z politowaniem na Zeba który nieudolnie próbował naprawić jakieś urządzenie, którecały czas raziło go prądem.
- Carabast!- po statku rozniósł się krzyk wściekłości, gdy lasat po raz enty został dość brutalnie potraktowany ładunkiem elektrycznym.
Bridger cicho zachichotał a wraz z nim chopper. Zeb skierował wzrok pełen furii w chłopka i droida, by po chwili zerwać się z miejsca i polecieć z rykiem szału w ich stronę. Niebieskowłosy szybko odwrócił się i poleciał biegiem przed siebie, przeskakując przez droida który także postanowił się szybko ulotnić z miejsca zbrodni.
-Niech no tylko was dorwę!- wrzask lasata rozniósł się po całym statku.Ezra słyszał jak ten już prawie go dogania wiec w miarę możliwości przyśpieszył co było błędem bo po chwili wleciał z pełną prędkością w wychodzącego z kabiny Kanana. Jedi był w szoku, gdy nagle znalazł się na podłodze z rozłożonym na sobie chłopakiem i zamachującym się na niego Zebem, który po chwili złapał niebieskowłosego za ubrania i podniósł do góry z niechybnym zamiarem przywalenia mu, jednak przystanął na chwile i spojrzał się na choppera wydającego salwę dziwnych dźwięków oznaczających śmiech i kilka niezrozumiałych zdań.
-Ty...-lasat miał już się zamachnąć i rzucić Ezrą w droida, gdy nagle usłyszał rozwścieczony głos Hery.
-Dosyć tego! Nie będziecie mi demolować statku! W tej chwili masz go postawić na ziemię Zeb a ty chopper przestań brzęczeć.
Syndulla stał przy wyjściu od kokpitu i mierzyła ich gniewnym spojrzeniem. Dopiero po chwili odezwała się już trochę spokojniejszym głosem.
- Kanan musimy omówić plan działania nowej misji - spojrzała się na zielonookiego wstającego z ziemi i po chwili kontynuowała dalej- A co do was...-jej wzrok spoczął na trójce winnej tej całejsytuacji- Chopper przekalibruj mi czujniki a wy obaj, pojedziecie po prowiant...
-Ale...
-Żadnego ,,ale,, Zeb, macie to zrobić a teraz żegnam- po tych słowach weszła do kokpitu za Kananem.
Dwójka przyjaciół spojrzała się na siebie z rezygnacją, by po chwili westchnąć ciężko i skierować się powolnym krokiem w stronę ładowni.
-A zapowiadał spokojny dzień...-westchnął Ezra.
-To wszystko twoja wina głąbie- odwarknął Zeb.
-Że niby jak moja? Ja nie rozwaliłem połowy statku podczas biegu- szybko odpowiedział chłopak.
Lasat w odpowiedzi odwarknął coś niezrozumiałego i otworzył luk ładowni, by zaraz wyjechać ze statku na ścigaczu.
-Ej! Czekaj na mnie! -krzyknął Bridger i pognał zanim.
******Dwie godziny później******
-O, widzę że już wróciliście- odparła Hera widząc Zeba i Ezre, wprowadzających ścigacze ze skrzyniami.
- Ezra jak już się skończycie, idź do Kanan, chciał się z tobą widzieć.- niebieskołosy słysząc pokiwał głową i wziął się za rozładunek skrzyń.
Zaraz po skończonej pracy Bridger udał się do kajuty Jarrusa.
Bez pukania wszedł dośrodka, Jedi właśnie medytował na środku pomieszczenia.
- Hej Kanan, Hera mówiła żebym do ciebie przyszedł.
Zielonooki spojrzał się na niego, by po chwili zapytać.
- Mam nadzieję że podczas misji powierzonej wam przez Here niczego nie rozwaliliście.
-Oprócz kilku maszyn należących do imperium to nic- Ezra uśmiechnął się pod nosem przypominając sobie jaką zadyme zrobili. Nawet Zebowi poprawił się wtedy humor.
Mężczyzna wstał i podszedł do chłopaka.
-Czyli wszystko w należytym porządku- Kanan także lekko się uśmiechnął.
- Ćwiczyłeś ostatnio walkę mieczem?
-Tak, jak byliśmy na Lothalu.
- I jak ci idzie?
-Jest dużo lepiej niż ostatnio.
- Ostatnim razem uciąłeś prawie głowę Zebowi - Kanan cicho się zaśmiał
- To było przypadkiem.
Jarrus pokręcił głową i zaśmiał się jeszcze raz, gdy już miał coś powiedzieć z głośników odezwał się głos Hery.
- Kanan przyjdź z Ezrą do kokpitu mamy przedstawić uzgodniony plan misji reszcie.
- Choć młody- Jedi wyszedł z kajuty i skierował się do wcześniej wymienionego miejsca.
Gdy Syndulla tłumaczyła całej załodze Ducha na czym polega misja Ezrana chwile się wyłączył, miał dziwne przeczucie ze coś się stanie tylko nie był w stanie powiedzieć co. Przez dłuższą chwilę siedział cicho, odgłosy z otoczenia nie dochodziły do niego. Dopiero pytanie Kanana czy wszystko z nim dobrze wyrwało go z odrętwienia.
-Czy wszystko jasne i każdy wie co robi?
Hera zadała pytanie i rozejrzała się czujnym wzrokiem po załodze statku.
-Dobrze, w takim razie na stanowiska. Za chwilę wylądujemy na Lothalu.
Ezra wstał i powolnym krokiem poszedł doładowni.
Misja była jedną z tych prostszych. Mieli przechwycić konwój szturmowców, który przewoził broń.
Nic trudnego.Wydawało się ze wszystko będzie idealnie.
Z rozmyślań wyrwało go szturchnięcie w bok przez Zeba.
-Co jest młody?
-A nic,nic...tylko się trochę zamyśliłem- Ezra zaśmiał się nerwowo a lasat popatrzył się dziwnie ale nic nie odpowiedział.
Duch wylądował i załoga zajęła odpowiednie stanowiska za skałami gdzie wyczekiwała na sygnał to rozpoczęcia akcji. Po jakimś czasie, na horyzoncie pojawiły się pojazdy transportowe imperium.Ezra oraz reszta obserwowała ich drogę. Gdy w końcu konwój zatrzymał się na mały postój Sabin dała znak. Ezra Kanan podeszli ich od tyłu a Wren i Zeb zaczęli ostrzał od przodu.Wszystko szło jak po maśle, gdyby nie dźwięk nadlatujących TIE które, gdy tylko nas zauważyły zaczęły ostrzał. Rebelianci musieli teraz odpierać ataki szturmowców i TIE.
Wtedy Ezra znowu to poczuł. Złowrogą moc Sitha. Kanan także poczuł i posłał zaniepokojone spojrzenie swojemu padawanowi. Hera zarządziła odwrót ponieważ zlatywało się z każdą chwila coraz więcej TIE a szturmowców nie wiadomo z kąd przybywało. Wtedy zjawił się ON. Inkwizytor.
Ezra i Kanan dali sobie znak i obaj uruchomili swoje miecze świetlne po czym ruszyli do ataku. Sith widząc to tylko się uśmiechnął prześmiewczo i także ruszył na nich. Po chwili można było usłyszeć dźwięk zderzających się ze sobą mieczy świetlnych. W końcu Ezra został mocą odrzucony w dal i przy lądowaniu walnął głową o ziemie. Na kilka chwil był zamroczony. To stanu świadomości wybudził go krzyk Kanana. Gdy chłopak podniósł wzrok Jarrus klęczał ranny przed sithem który szykował się do ostatecznego ciosu.
-Nie!!!-z ust Ezry wydobył się paniczny wrzask, użył całej swojej mocy by w błyskawicznym tempie znaleźć się przed Kananem zasłaniającgo. Wtedy właśnie Sith zanurzył w nim swój miecz....
-Nie!!!-to nie był już jego krzyk. To był rozpaczliwy krzyk jego mistrza.
Z jego ust wypłynął potok krwi a źrenice powiększyłysię w szoku. Inkwizytor z uśmiechem wyszarpnął z niego ostrze miecza. Ezra zakasłał a z ust wypłynęło jeszcze więcej krwi,ubranie na brzuchu nasiąkało w szybkim tempie czerwoną posoką. Wtedy właśnie Sabin zdetonowała ładunki a zza tumanu kurzu wyleciał Duch pilotowany przez Here która zaczęła ostrzał z góry. Sith widząc to uciekł posyłając jeszcze pogardliwy uśmiech.
W końcu Bridger zachwiał się i upadł bezwładnie w ramiona Kanana który z rozpaczą próbował zatamować krwotok.
-Ezra! Błagam cię! Ezra! Wytrzymaj!Widmo1 do Ducha! Ezra jest ranny! Widmo2 potrzebna pomoc! - Jarrus zaczął krzyczeć do komunikatora.- Ezra niezasypiaj!
-Ka...Ka...nan...- z ust Ezry wydobył się cichy przerywany głos a prawa ręka, obciekająca krwią podniosła się kilka centymetrów do góry, Kanan widząc to szybko ją złapał izcisnął panicznie.
-Dzi....eku...je.....ze..mog..łem...nale...żeć...do...wasz...ej..rodzi..ny...-niebieskowłosy uśmiechnął się do Jarrusa po czym jego oddech zaczął zanikać a oczy bleknąć.
-Ezra! Nie! Ezra!-krzyk Kanana był czystą rozpaczą. Jego uczeń, jego padawan , członek jego rodziny umierał mu na rękach.
-Ko...cham...cię...Ka..nan...- to były ostatnie słowa za nim jego klatka piersiowa przestała się ruszaća oczy skryły powieki...
Z oczu Kanana wypłynęły łzy a on sam przytulił mocno ciało chłopaka szlochając. Cicho szeptając ,,Ja ciebie też,,
Wokół niego zrobiło się cicho,szturmowcy zostali pokonani a TIE zniszczone...tylko członkowie Ducha podchodzili z szokiem i zgrozą na twarzach, sama Hera nie mogła powstrzymać tych uczuć. Zeb widząc martwe ciało chłopaka stał jak sparaliżowany, Sabin zaś łkała wcześniej upadwszy na kolana. Hera podeszła do Kanana i tak jak mogła, przytuliła gorozpaczliwie, gdy poczuła łzy w oczach.
-Powiedział....Powiedziałze dziękuje iż mógł należeć do naszej rodziny...- ciche słowa wyleciały z usta Jarrusa.
Ze słysząc to Zeb, upadł na kolana i zwiesił głowę a Sabin zaszlochała głośniej.
Odszedł bardzo ważny członek ich rodziny...
Ezra został pochowany kilka dni później na Lothalu. Planecie na której się urodził i dorastał...gdzie poznał ich...swoją rodzinę...

niedziela, 5 listopada 2017

One Shot KagaKuro ,,To moja wina...,,

Kagami biegł najszybciej jak tylko mógł. Gdy usłyszał że Kuroko został potrącony przez samochód zerwał się i wybiegł ze szkoły . Nie zwracał nawet uwagi na nawoływanie go przez Riko. Biegł na złamanie karku. Wiatr świszczał mu w uszach gdy cały czas przyspieszał. Kierowcy którym przebiegł przed samochodami trąbili na niego ale on ignorował to. Przypomniała mu się jego ostatnia kłótnia z Kuroko. Powiedział mu wtedy, że jest mu niepotrzebny i ma go serdecznie dość. Działał wtedy po wpływem gniewu, ale gdy zobaczył łzy w oczach niebieskowłosego coś zakuło go w sercu. Po tej kłótni Tetsuya zaczął unikać Kagamiego. Przestał przychodzić do szkoły, jak i na treningi. Dopiero teraz czerwonowłosy zrozumiał jak duży popełnił błąd. Nie miał prawa wyżywać się na Kuroko. Nie miał prawa go ranić. Nie miał prawa. To wszystko była jego wina . Jedynie jego.

Kagami widział już z oddali budynek szpitala. Jeszcze chwila . Jeszcze tylko kilka metrów i już biegł po białych kafelkach. Skręcał po labiryncie korytarzy potrącając co chwila kogoś ramieniem. Wreszczcie dobiegł do recepcji i panicznie się rozejrzał, w poszukiwaniu kogoś kto mógł mu udzielić potrzebnych informacji.

- Wie może pani co z Kuroko Tetsuyą? - spojrzał się panicznie na recepcjonistkę .

-Tego co potrącił samochód?

-Tak! Właśnie tego!

-Jest on właśnie operowany.

- Wiadomo już coś?

-Niestety nie.
Kagami przeklą i  pobiegł przed siebie . Po chwili był przed salą operacyjna. Co chwile wychodziły z niej pielęgniarki z ubrudzonymi we krwi kitlami. Taiga przyznał, że ten widok mroził mu krew w żyłach. Dopiero po pełnej napięcia godzinie z sali operacyjnej wyszedł lekarz.

- Co z nim?

- No cóż, miał połamane niektóre kości i krwotok wewnętrzny. Teraz będzie w śpiączce.

Kagami zbladł. Uderzyła w niego intensywność słów lekarza. Miał totalny mętlik w głowie. Wyrzuty sumienia dosłownie zżerały go od środka. Uczucie bólu, którego teraz doświadczył było porarzające.

-Czy on... będzie mógł grać w koszykówkę? - pytanie, które teraz dręczyło Kagamiego zostało wypowiedziane.

-Słucham? - lekarz zapytał się jakby nie zrozumiał.

-Czy on będzie mógł grać w koszykówkę? - Taiga ponowił pytanie.

-Nie mam pojęcia. Na razie skupmy się na tym by mógł chodzić.

Z ust czerwonowłosego wydobył się cichy jęk.

-Czy mógłbym teraz do niego wejść?

-Oczywiście.

Kagami pokiwał głową i poszedł za lekarzem. Po chwili znalazł się przed drzwiami sali, w której był Kuroko. Lekarz tylko kiwnął mu głową i odszedł.
Kagami drżącą ręką dotknął klamki i niespokojnym ruchem otworzył drzwi.
Był tam. Jego drobne ciało spoczywało na łóżku. Podpięty do pikającej aparatury. Cały w bandażach. Bez żadnego ruchu. Jego twarz była nienaturalnie blada. Kagami mógł przysiądź że wydział na niej grymas bólu.
Podszedł do niego i... rozpłakał się. Można powiedzieć, że dosłownie wył. Łzy ściekały mu ciurkiem po policzkach. Dotknął dłonią, dłoni niebieskowłosego. Była taka delikatna. Taka krucha. Nie mógł pojąć jak taka drobna istota była w stania robić tak wspaniałe podania.
Westchnął przeciągle i wpatrywał się w nieruchomą twarz Kuroko....

****Trzy tygodnie później*****

Kagami wszedł do sali Kuroko jak co dzień. Niespodziewał się, jednak że powitają go błękitne oczy, które przeszyją go na wskroś.
Stał tam chwile w bezruchu niewiedząc co ma zrobić.
Otrzeźwił go dopiero cichy głos.

-Kagami-kun...

Spojrzał się na Kuroko. Niebieskowłosy uśmiechał się do niego.

-Kuroko... ja...

-Spokojnie Kagami-kun. Cieszę się, że jesteś.

-Kuroko...

Z oczu Taigi znów popłynęły łzy.

-Kuroko... ja... przepraszam cię... wtedy byłem zdenerwowany i...

-Kagami-kun nic się nie stało.

-Jak to nic się nie stało?! Kuroko to wszystko, co się potem działo było jedynie moją winą! Tylko moją!

Gdy Kagami potrzedł do Tetsuyi, ten szybko złapał go sprawną ręką za dłoń i pociągnął tak by ten sie schylił.
Po chwili Kuroko przytulał tak jak pozwalało mu na to chore ciało, szlochającego Kagamiego.

-Ciiiiii... nie płacz już...

-Ale...

-Kagami-kun proszę cię...

Po jakiś dziesięciu minutach, w których niebieskowłosy cały czas przytulał czerwonowłosego, do pomieszczenia wszedł lekarz.

-Przepraszam. Pan Kagami Taiga?

-Tak.

-Poproszę Pana na chwile.

Kagami rzucił jeszcze przepraszające spojrzenie Kuroko i wyszedł z sali.

-Tak?

-Pan Kuroko zostanie jeszcze dwa tygodnie w szpitalu potem damy mu wypis jednak ktoś bedzie się musiał nim zająć by z powrotem wrucił do sprawności. I tu pojawia się problem. Kuroko Tetsuya mieszka sam.

-Ja mogę się nim zająć.

-Na pewno chce się Pan tego podjąć?

-Tak. Jestem mu to winny...

******Miesiąc później*******

-Kuroko. Obiad.

Kagami wszedł do pokoju w którym leżał Tetsuya.
Niebieskowłosy spojrzał się na wchodzącego chłopaka i odłożył czytaną książke.

-Jak się czujesz?

-Znacznie lepiej Kagami-kun.

-To dobrze.

Taiga postawił talerz na biurku a sam potrzedł do drobnego chłopaka i przytulił go lekko po czym pomógł mu się podnieść.

-Kocham cię Kuroko.

-Ja cię też Kagami-kun.

Czerwonowłosy się uśmiechnął i podał talerz z jedzeniem.

-Smacznego Tetsuya.

-Dziękuję Taiga...

Niebieskowłosy uśmiechnął się i zaczął powoli jeść. A Taiga usiadł koło niego i wpatrywał się w niego jakby był ósmym cudem świata.